czwartek, 16 sierpnia 2012

Bycie rodzicem nie zawsze jest cool...


Kiedy nadchodzi moment, że w naszym życiu rozpoczynamy nowy etap i oczekujemy dziecka, przyjaźnie nastawieni ludzie zaczynają nas zalewać informacjami na temat macierzyństwa. Ja słyszałam setki historii o cudowności tego momentu. Macierzyństwo miało być najpiękniejszym okresem mojego życia, małe stópki, pierwsze słowa, uśmiechy, po prostu sama słodycz. W mądrych gazetach pisano, że dzięki instynktowi w naturalny sposób rozpoznam, co moje dziecko chce mi zakomunikować i oczywiście na każdą przypadłość jest kilkanaście różnych rozwiązań.

Posiadanie dzieci to łatwizna… W końcu wszystko jest opisane, udokumentowane, a zatem czego tu się bać? Więc się nie bałam, a kontakty ze sfrustrowanymi mamuśkami (było ich niewiele) ograniczyłam do zbędnego minimum. Po narodzinach dziecka (kiedy już doszłam do siebie, a trwało to trochę) w pierwszej kolejności dziękowałam właśnie im za to, że jako nieliczne powiedziały prawdę, która jest dość brutalna. Bycie rodzicem to straszna praca, tak, tak…  Dwadzieścia cztery godziny na dobę, bez urlopów, co najmniej przez najbliższe osiemnaście lat. Płacz, pot i łzy.

Pewnie, że im dalej tym lepiej, człowiek zaczyna panować nad sytuacją i nabywać potrzebnych kompetencji. Początki są jednak potworne. Człowiek jest notorycznie zmęczony, traci kontrolę nad swoimi zachowaniami łapiąc się na tym, że kołysze wózek z zakupami w supermarkecie. O czytaniu, oglądaniu filmów czy nawet słuchaniu czegoś innego niż Fasolki nie ma mowy (to mój przypadek akurat). Jeśli w końcu wrócimy do pracy to z reguły śpimy jeszcze mniej a poziom naszej inteligencji dramatycznie spada. Potem jest ząbkowanie, szczepienia, choroby, opiekunki, przedszkola, szkoły i tak dalej i tak dalej… Z biegiem czasu wcale nie jest łatwiej. Kiedy w końcu dzieci zakładają swoje rodziny, rodzic myśli: "No, w końcu teraz pożyję, wypłynę, może podziałam społecznie" i zostaje np. premierem. Dzieci nie zapominają. W najmniej spodziewanym momencie przypomną, że są pieszczoszkami rodziców już na zawsze i właśnie wtedy wbrew radom matki i ojca zrobią największą głupotę swojego życia. To w małym skrócie przydarzyło się właśnie premierowi Tuskowi i to, że jego syn oficjalnie przyznał, że "jest debilem" wcale nie polepsza sytuacji ojca.

Jeżeli cieszy cię ta sytuacja, to po cichutku, na paluszkach, zajrzyj do pokoju swoich pociech, przyjrzyj się im uważnie, już niedługo może cię spotkać coś podobnego… chociaż nie wiem jak bardzo możesz się starać? Może lepiej nie cieszyć się z problemów innych i nie napiętnować tylko pożałować, bo wszystko przed nami…

czwartek, 9 sierpnia 2012

Podkręcamy śrubę, czyli kilka słów o CKiR


Dzisiaj chciałabym napisać i ostatecznie zamknąć sprawę oceny CKiR, w sumie nie  marnowałabym na to czasu, ale czuję się trochę sprowokowana.

Od opisywania tego obszaru działalności  w naszym mieście jest Krzysztof Owoc. Nie bez przyczyny tu o nim wspominam, nie mogę bowiem ciągle sie nadziwić, że mu się chce opisywać, analizować i oceniać pracę Domu Kultury. Wbrew dramatycznym utyskiwaniom Pana Chałupki, jakoby stał się on celem ataków Frakcji Wyrzutowej, nie on jeden został dostrzeżony przez K. Owoca,  poprzednio wschowski bloger „podkręcał śrubę” dyrektorowi Lisiakowi. Nie ukrywam, że trochę tej pasji mu zazdroszczę, bo komu by się chciało składać pisma, wyciągać akta spraw czy też przeprowadzać małe śledztwa? Takie działania - chcąc nie chcąc - muszą powodować u jednych nienawiść a u innych podziw. Podziwiam, zazdroszczę i żałuję jedynie, że Frakcja Wyrzutowa nie zawsze dostrzega plusy działań Pana Chałupki - porównując jego pracę do poprzedniego animatora kultury we Wschowie… jest zdecydowanie lepiej. Osobiście czekam na więcej, ale kierunek jakiś jest.

 Niestety, okolicznościowych laurek dla Pana dyrektora nie będzie, gdyż strzelił sobie w stopę umieszczając na oficjalnej stronie CKiR wpis, list… opinię(?) dotyczącą blogera Owoca. Wytrącił z równowagi tym samym każdego, kto chciałby zdroworozsądkowo ocenić działania CKiR. Dlaczego? Po pierwsze, ponieważ dał się sprowokować blogerowi, którego wirtualne dzieło (podobnie zresztą jak moje) jest pewnie śledzone przez – nie oszukujmy się - nielicznych anonimowych internautów. Po drugie, będąc dyrektorem publicznej placówki, choćby z racji funkcji, jest się narażonym na krytykę. I dzięki Bogu, bo to zawdzięczamy demokracji (której zresztą w owym wpisie tak dumnie broni dyrektor). Jeżeli Pan Chałupka ma słabą psychikę to  po prostu niech zrezygnuje. To nie jest pochód pierwszomajowy, podczas którego wszyscy mają bić brawa i wymachiwać kolorowymi chorągiewkami na cześć burmistrza i jego pracowników. Pan dyrektor zdaje sie nie rozumieć, że takimi newsami jeszcze bardziej rozsierdza już rozsierdzonych i odpycha tych, którzy dotychczas go nie przekreślali.

 Przerażający jest fakt, że takiego zachowania w naszym mieście nie piętnuje się. Wpisuje się to w ogólną tendencję dotyczącą polityki: czy to PSL-owska zadyma czy wschowski grajdołek - z ludzi w sytuacji kryzysu wychodzą paskudne rzeczy. Dla mnie takie zachowanie zasługuje na reprymendę od pracodawcy Pana Chałupki, w którego interesie jest czuwanie nad zachowaniem dyrektorów placówek i etyki ich postępowania.

Tu pozwolę sobie wrócić do sprawy organizacji Dni Sławy. Na regionalnych portalach rozpoczęła sie  dyskusja, z której wypływa jeden wniosek: Wschowa nie może zrobić tak dobrej imprezy jak Sława, ponieważ nie ma u nas ośrodka wypoczynkowego, z którego złotym potokiem popłynęłyby pieniądze. Według mnie jedyna rzecz, której brakuje we Wschowie to chęć do pracy i inwencja twórcza ludzi odpowiedzialnych za organizację takiej imprezy. W wywiadzie na zw.pl burmistrz Sławy oraz  dyrektor Domu Kultury w Sławie opowiadają o tym co jest potrzebne do tego, aby stworzyć taką imprezę jak u nich. Najważniejszy jest zgrany zespół ludzi, plan działań, czas i twórcze pomysły. Wydaje się, że Panu Chałupce brakuje tych wszystkich elementów. Obecny zespół na pewno nie jest zgrany, zdaje się, że pracowników przerasta  zadanie przejrzenia oficjalnych stron kabaretów czy zespołów i znalezienie telefonu, który pozwoli zapytać o terminy, ceny i możliwości. Super gwiazdy nie mają być we Wschowie co miesiąc,  wystarczy dwa razy do roku,  a na imprezy okolicznościowe takie jak Dzień Kobiet czy Dzień Dziadka, wystawiać swoje „dobra narodowe”, czyli wokalistów z sekcji muzycznej albo pana Iłowskiego, którego śpiewy przez niektórych są nawet doceniane - jak bozie kocham, znam takich. Ale to musi być praca zespołowa.

Zamiast marnować zapał na kino, do którego prawie nikt nie chodzi, może lepiej wspomóc podróżników, zadbać o kolejny festiwal podróżniczy, bo takiego jeszcze nie ma, więc pomysł na promocję jakiś jest. Może warto choć raz zaryzykować i zaprosić artystę na imprezę płatną, a  zdaje się, że kabarety zapełniały sale i to na dwa spektakle w ciągu jednego dnia, więc zapotrzebowanie jest. No właśnie można, ale czy się chce?

Kilka grubych milionów idzie na rewitalizację miasta dla turystów, których jak nie było tak nie  nie ma. Nie ma ich, bo tutaj nic się nie dzieje, to po co ktoś ma tu przyjeżdżać? Dla trzech kolorowych kamieniczek i kompleksu ławek w przyparafialnym skwerku? Może warto zainwestować w turystykę bo zdaje się, że szumnie zapowiadanych inwestorów nie będzie. Spróbujmy pokazać Wschowę jako miasto atrakcyjne, które nie tylko warto zwiedzić, ale w którym dzieją się ciekawe rzeczy: zimą festiwal podróżników, jesienią festiwal królewski, latem ciekawe koncerty i jarmark, wiosną np. dni młodzieży (tylko bez politycznego namaszczenia, chociaż np. Wschowa - miasto skinheadów, to ciekawe hasło:) Nic innego nam nie pozostaje jak czymś w województwie czy choćby powiecie(sic!) wyróżnić się, zachęcić ludzi by wrócili, zostali a może kiedyś inwestowali.

I jeszcze słowo o adresatach tych imprez. To także kwestia do przemyślenia. Tu zapewne narażę się blogerowi Owocowi, bo mimo, że marzyłoby mi się kilka koncertów alternatywnych, niszowych kapel (i nie mam tu na myśli zespołu Okład z Bagna, w polskiej kulturze funkcjonuje naprawdę bogata scena muzyki ważnej i przemyślanej, idąc na skróty można włączyć Trojkę i parę perełek wyłuskać) to wydaje mi się, że odbiorca powinien być masowy.

Chociaż w przywoływanej  Sławie mają miejsce  imprezy o różnym charakterze: rockowa, reggae, ale największą i najistotniejszą jest ta skierowana do każdego. Niestety, ze smutkiem stwierdzam, że imprezy z udziałem zespołów alternatywnych, poetów, autorów książek, konferencje naukowe czy koncerty zespołów faszyzujących mają we Wschowie niszową publikę.

Warto więc poświęcić czas na  zaplanowanie imprez. Może wtedy będziemy mieć frekwencję jak w Sławie, zadowolonych mieszkańców i blogerów, pozytywną promocję. Może  jestem hura optymistką, ale to chyba nie jest aż tak trudne?

środa, 1 sierpnia 2012

Plaża


Powróciłam z urlopu cała i zdrowa.  Czy wypoczęłam? Nie bardzo, ale tak to już bywa z wakacyjnymi wyjazdami, że należy po nich kolejny tydzień wypoczywać. Pokonując góry prasowania z ulgą wracam do blogerskiej roboty. Wpis ten dedykuję polskiemu wybrzeżu, którego nie porzuciłam dla złotych piasków Egiptu. Wyjątkowo dla siebie zacznę od przyjemnych aspektów wypoczynku nad polskim morzem.

            Pierwszym zaskoczeniem była pogoda, pierwszy raz od lat cały tydzień był upalny. Nie byłam na to przygotowana i przeżyłam mentalny szok. Nie mogłam tradycyjnie narzekać na beznadziejną aurę i pomstować, że oto mogłam wybrać się do Chorwacji, gdzie zawsze świeci słońce. Również moje walizki zapełnione po brzegi kurtkami, polarami, spodniami, szalikami i parasolami tkwiły smutno w szafie.

            Druga przyjemna sprawa to zwiększająca się kultura bycia Polaków na plaży, każdy zasłonięty swoim parawanikiem, śmieci zbierane do woreczków, wesoło baraszkujące dzieci w czapeczkach wysmarowane kremikami, no i wypożyczane chętnie leżaczki.

            Kolejnym miłym zaskoczeniem były kolejki w punkcie zapewniającym szeroko pojęte sporty wodne. Polacy nie siedzą już tylko z piwem i bułką z jajkiem prażąc się na słońcu, ale chcą coś przeżyć, zrobić coś ekscytującego i to bez względu na wiek. Miłe jest także to, że można na plaży zawiązać nowe znajomości, my przez cały tydzień plażowaliśmy obok tych samych ludzi. Cały tydzień wymienialiśmy uprzejmości, częstowaliśmy się słodyczami, ale i wspólnie szukaliśmy synka jednej z poznanych par, który postanowił samotnie poznać dalsze zakątki plaży. Mieliśmy dobrą kwaterę zapewniającą nam nie tylko przyzwoite warunki w pokoju, ale również miejsce do wspólnego biesiadowania na dworze. Największym jednak zaskoczeniem była zmiana miasta w którym wypoczywaliśmy. W Międzyzdrojach byłam ostatnio 6 lat temu i od tego momentu nastąpiły ogromne pozytywne przemiany, można tam zaobserwować siłę pojęcia rewitalizacja. Miasteczko jest piękne i każdy jego fragment jest bardzo urokliwy, a wszystkie ulepszenia praktyczne. Największym  zaskoczeniem było zmodernizowane dzięki kasie z Unii Europejskiej kino. Kino z klimatyzacją zrobione trochę w stylu retro, ale dźwięk i jakość obrazu będące na wysokim poziomie. Obejrzałam w nim nowego Batmana, więc takie elementy przy tak spektakularnym filmie miały kolosalne znaczenie. Włócząc się wieczorem można zawędrować na koniec miasta, gdzie na plaży znajdziemy lokal z dyskoteką, a tuż obok, na osobnej scenie i dla innego rodzaju publiczności, gra całkiem niezły zespół rockowy - i to jest hit.

Do tej słodkości należy dodać łyżkę dziegciu… Otóż uwielbiam na wyjazdach eksperymentować z kuchnią, podjeść sobie jakieś nowości czy posmakować nie jedzonych na co dzień potraw… i tu pełne rozczarowanie. W ciągu tygodnia zjadłam dwa dobre dania: sałatkę parmeńską oraz barszcz zabielany. Reszta frykasów to kulinarny koszmar - najlepsze jedzenie, ale też najmniej ekscytujące, mieli w tzw. garkuchni, gdzie przesuwając się z kolorową tacką witała mnie pani w peerelowskim fartuszku ładująca wielką łychą wybrane danie. Jedzenie, mimo że dobre, było takim samym jedzeniem jak na obiedzie u mamy a ja szukałam nowości. Ogarnął mnie smutek, że kulinarna rewolucja nic nie daje i dalej karmią nas byle jak za duże pieniądze. Na pocieszenie został fakt, że wszystko wydawało się świeże. Jeszcze większy koszmar to kawa, właśnie w tym roku spożywałam najgorszą kawę mrożoną w swoim życiu, podawaną w plastikowym kubeczku z taką ilością bitej śmietany, że nic tam już z kawy nie zostało. Na szczęście mąż wiedziony instynktem łowcy znalazł miejsce, gdzie mogłam wypić kawę z białą czekoladą i płatkami róż… Niestety jak ktoś jedzie na wczasy z małym dzieckiem to o delektowaniu się smakiem nawet najlepszej kawy mowy nie ma. Kolejnym wakacyjnym koszmarem były tzw. atrakcje, czyli trzy wesołe miasteczka ustawione obok siebie, zapewniające głośne nagrania a la disco polo od świtu do nocy. I ostatni, największy koszmar: KOMARY-mutanty odporne na kremy, płyny, spirale, kadzidełka. W tej nierównej walce odnosiłam małe sukcesy, a polowania uprawiane przed snem urozmaicały wieczory. Wiadomo, tańców i wina na plaży nie było, dziecko wymusza grzeczne powroty do pokoju przed 22.

Mimo koszmarków polecam wypoczynek nad polskim morzem. Zostając w domu nakręcamy rodzinną gospodarkę, mamy pełne gwarancje, że  biuro podróży nie zbankrutuje a my nie będziemy zakładnikami zachłannego hotelarza i nawet gdy pogoda do niczego i wina brak, zawsze możemy się wrócić do domu.

I jeszcze jedno, najważniejsze. Dziś mamy 1 sierpnia. Dziękuję wszystkim morowym pannom i kawalerom, chłopcom i dziewczętom, którzy 68 lat temu stawali do nierównej walki, żebym mogła dzisiaj być blogerką, wypoczywać na polskich plażach i żyć w wolnym kraju. Chwała Bohaterom.

niedziela, 22 lipca 2012

Ahoj


Burmistrz Grabka pojechał na wakacje, pochwalił sie tym na blogu. Wybrał Kołobrzeg, jego strata, tam smażalnie ryb i serwowane przez nich posiłki nie służą promocji zdrowego żywienia. Burmistrz, stary marynarz da jednak radę, odświeżoną sałatkę zaleje dobrym rumem i nic mu nie będzie. Pozazdrościłam Panu Grabce i nie będąc gorszą również wybieram sie nad morze. Nie do Kołobrzegu, bo go bardzo nie lubię, woda zawsze jest tam zimna ale w inne atrakcyjne miejsce. Ba, w miejsce gdzie dzięki akcji TVN sanepid już był i zamknął co trzeba, więc rumu mi nie potrzeba: ) Ahoj

sobota, 21 lipca 2012

REAKTYWACJA
Blog reaktywacja. Powróciłam z dalekiej podróży tak wyczerpującej, że porzuciłam swe dziecię na 3 tygodnie. Wieczorami miałam tylko siłę by rzucić okiem na portale informacyjne. Nie był to jednak czas stracony, dowiedziałam się bowiem, że:

·          Jestem lewakiem i było to dla mnie zaskoczenie. Mi, podobnie jak kilku innym mieszkańcom Wschowy nie podobała się propozycja koncertu zespołu Zjednoczony Ursynów. Śledząc lokalne portale w tym Gazety Lubuskiej przeczytałam niezwykłą wypowiedź pana Chałupki, że niezadowolone z tej propozycji są lewackie środowiska. Tak właśnie, trochę wbrew sobie, zostałam lewacką działaczką.

·         Zespół Zjednoczony Ursynów faktycznie nie stanowił zagrożenia, widownia była licha, wokalista nie potrafił śpiewać i właściwie na scenie zdyskredytował się sam. Szkoda tylko, że ktoś mu za to płaci:(

·         Dni Wschowy były nijakie, taki odgrzewany bigos. Zjadłoby się ale ile można jeść  to samo

·         Sławska Noc Reggae po raz kolejny okazała sie hitem, co było do przewidzenia. Nie ukrywam, że imprez kulturalnych Sławię zazdroszczę, oj zazdroszczę. Na dobitkę Dni Sławy także szykują się hitowo, cóż, jakie miasto takie i obchody.

·         Kolejna szokująca informacja, na lgińskiej plaży wystąpi zespól Universe. To dla mnie mega zaskoczenie gdyż o ile dobrze pamiętam, zespół stracił swojego lidera parę lat temu. Niestety show must go on.



Po paru takich informacjach przestała zaglądać na wschowskie portale:)

wtorek, 26 czerwca 2012

Studenty




Kiedy rozpoczynałam studia kilka lat temu był to nie lada wyczyn. Musiałam spełnić szereg warunków, aby to osiągnąć: cztery lata w liceum, matura (znacznie trudniejsza od dzisiejszej) i egzaminy wstępne na studia. Tak, egzaminy, dzisiaj to wydaje się fantastyką. Współczesny maturzysta nie przejmuje się już egzaminami, wiadomo na studia, jeśli tylko chce, dostanie się zawsze, właściwie uczelnie będą się o niego "biły". Rektorzy i nauczyciele zachęcają młodzież kolorowymi plakatami, folderami, atrakcyjnymi wykładami z gwiazdami, nowymi kierunkami studiów. Np. w roku szkolnym 2012/2013 można będzie studiować już nie tylko robotykę, ale i hipologię (naukę o koniach) i wybrać specjalizację z dwóch: wierzchowego lub wszechstronnego użytkowania koni. To jeszcze nic, kiedy już człowiek znajdzie się na wymarzonym kierunku to nadal nie musi się przemęczać.

Obracam się ostatnio wśród wielu studentów, akurat studiów zaocznych. Nowością jest podejście do egzaminu. Student otrzymuje temat, zestaw lektur i ma w domu przygotować pracę a następnie… przepisać ją na egzaminie! Tak, to nie pomyłka. Nie wiem, może to sposób na walkę ze ściąganiem z Internetu czy ściąganiem w ogóle, może to forma nauki korzystania z lektury czy też ćwiczenia z czytania ze zrozumieniem. Kolejne zdziwienie wywołała u mnie jakość prac magisterskich. Natrafiłam np. na ankietę 10 pytań, w tym na wstępie te określające ankietowanego, czyli płeć, miejsce zamieszkania, wiek. Oczywiście te podstawowe informacje powinny się zmieniać tak, aby odpowiadały na potrzeby pracy. Za moich czasów porządna ankieta musiała zacząć się od skierowanego do ankietowanego wstępu, informującego kto i dlaczego chce ją przeprowadzić, potem była tzw. metryczka, czyli te podstawowe pytania dotyczące ankietowanego i w końcu pytania właściwe. Nie wspomnę już, że w mojej pracy do zbadania tematu i potwierdzenia przyjętej  tezy użyłam aż czterech różnych metod. Obecnie prace magisterskie buduje się na bazie… ankiety. Tak wyglądają studia, najczęściej prywatne, skierowane do studentów zaocznych.  Nie może nas później dziwić fakt, że ci wszyscy wykształceni ludzie jakoś nie bardzo potrafią sobie poradzić w życiu, kiedy życie do tej pory było im tak ułatwiane. Trafiają potem do urzędu pracy jako bezrobotni, tworzą ruch oburzonych, ponieważ papier z tytułem jest a pracy nie ma i dziwią się bo w końcu obiecano im więcej.

Obserwując ten upadek szkolnictwa wyższego nie dziwi mnie protest rodziców i nauczycieli w obronie Pani Dyrektor jednej ze wschowskich podstawówek. W końcu kobieta po jednej kadencji zostaje nie wybrana na kolejną. Wiadomo: spisek, w końcu we Wschowie ci sami dyrektorzy okupują stołki latami. Wprawdzie szkoła zaliczyła kolejny spadek w rankingach obrazujących wyniki egzaminu klas szóstych, ale co tam, Pani Dyrektor przedstawiła program naprawczy. Na konkurs rodzice wysłali człowieka pracującego dla burmistrza, nikt ich nie namawiał, człowiek ten został wybrany przez nich samych, ale to okazało  się również problemem. Kolejny skandal - wygrał młody człowiek, co jest zarzutem samym w sobie, pochodzi z Leszna (to dramat) i co najgorsze… jest nauczycielem wychowania fizycznego. Ta skandaliczna historia skończyła się masowym protestem i pytaniami w stylu: "Dlaczego kandydaci nie dostali takich samych pytań"".

Nawet nie mam siły się śmiać, właściwe to nie jest śmieszne.

wtorek, 19 czerwca 2012

Jak zwykle nic się nie stało


To już koniec, niestety. Muszę przyznać, że nie liczyłam na to, że wyjdziemy z grupy. Miałam nadzieję, marzenie, ale nie nakręcałam się. Mimo tej asekuracji dzisiejszy ranek był ciężki, przykry. Przebitki w telewizji pokazujące płaczących facetów totalnie wybiły mnie z rytmu. Wywiad z Lewandowskim, który walczył ze sobą dobił mnie kompletnie. Przykro mi Polacy, że jak zwykle nic się nie stałoL

Muszę przyznać się, że w stan depresyjny wprowadziła mnie już w piątek informacja na zw.pl przedstawiająca  plany Dni Wschowy,  do meczu byłam nastrojona idealnie. Kiedy CKiR przejmował Pan P. Chałupka, w odróżnieniu od krzykaczy czekałam z ciekawością jak sobie z tym całym ambarasem poradzi. Początek był całkiem obiecujący. Na plus należy zaliczyć, że w Domu Kultury pojawiło się coś więcej niż modelarze i ich kolejne sukcesy. Dyrektor wyszedł z nową ofertą, wydaje mi się, że na większość tych propozycji mieszkańcy z radością odpowiedzieli. Z różnych źródeł wiem, że w odróżnieniu od starych czasów wchodząc do Domu Kultury z propozycją ekspozycji prac, organizacji imprez, pomysłodawca  nie odbija się od ściany, ale  pomysły są z reguły przyjmowane i zwykle dochodzą do skutku. Dom Kultury otwarty jest dla szkół,  dla stowarzyszeń (świetne spotkania z podróżnikami). Odradza się  baszta, w której  pojawiają się stale nowe wystawy, nadal działają sekcje, chociaż jakoś tak niemrawo, a szkoda. Mimo tych sukcesów pozostaje jakiś niedosyt.  Idealnie cały problem obrazują Dni Wschowy. Po pierwsze powtórki, piosenka francuska i zespół  Shalom. Jeżeli chodzi o muzykę żydowską to Polska jest bogata w tę tradycję, należy tu wspomnieć o  kapitalnym Festiwalu w Krakowie. Można korzystać i czerpać  garściami, a tu zonk jak raz zgrali tak co rok powtóreczka, że już o Panu Francuskim nie wspomnęJ. Połączenie kilku imprez to duuuuuuuuuuuuuuuży błąd, szkoda głównie z uwagi na bardzo udany Jarmark Mieszczański, który gdzieś tam gubi sens. Kolejny błąd Dni Młodzieży muzyka rockowa przeplatana ostro prawicowym zespołem rapowym dramat, wpadka nie wiem jak to nazwać. Pamiętam pląsającego w rytm świetnego Happysadu burmistrza Grabkę. Rozumiem, że tym razem, dając przykład w barwach narodowych z idealnie wygoloną głową będzie sobie znów wesoło pląsać, OJ. Największym błędem jest jednak brak gwiazdy, bo chyba Hania Stach nie pretenduje do tej roli, chociaż ja doceniam jej możliwości wokalne,  jestem pewnie jedyną  mieszkanką Wschowy, której jej nazwisko coś mówi. Ja rozumiem  trudną sytuację ekonomiczną miasta, wiem, że Wschowę trudno porównywać z Głogowem, Lesznem czy nawet ze Sławą. Niestety grzech podstawowy Domy Kultury, a tym razem również i  Biura Promocji to  pomysł, że im więcej tym lepiej. Drodzy Panowie i Panie ilość czy jakość odwieczny problem. Ja niestety jestem fanką jakości, nie zgadzam się z opinią pewnego posła, że głupi lud to kupi. Może nie kupić, może wybrać, ba nawet na pewno wybierze Kult w Głogowie, Bajm w Lesznie, noc Reggae w Sławie. Jeszcze jedno jeżeli mówimy o trudnej sytuacji finansowej miasta dobre imprezy to sposób na biedę, nie wypromujemy się zabijając dobre lokalne zabawy takie jak Jarmark mieszczański, któremu należała się promocja a nie wtłoczenie go w Dni Wschowy. Są miasta w województwie lubuskim, które maja jakiś pomysł na promocję i to działa, banalny pomysł parku Krasnala w Nowej Soli stał się hitem,  mała Kargowa ma święto czekolady a maleńka Letnica ma ogromnie ważny Międzynarodowy Festiwal Kina Autorskiego - Quest Europe, na którym goszczą Kasie Figurę czy Jerzego Stuhra.